towarymieszane blog

Twój nowy blog

Kiedy jedna z moich koleżanek wiele lat temu została świeżą emigracją, podjęła pracę w knajpie. Właściciel udzielił jej na początek następującej nauki:
- Patrz na buty i zegarek.  Nawet milionerzy mają dni, kiedy chodzą ubrani jak łajzy. Ale buty i zegarki zawsze mają dobre.
Ta zasada zawsze się sprawdzała, chociaż pewnie Trinny i Susannah nie byłyby tym zachwycone. Te uczyły, że człowiek powinien wyglądać, i to wyglądać dobrze, bo nieczęsto zdarzają się sytuacje, w których za jedyne odzienie może mieć buty i zegarek.
I to jest wielka szkoda, moim skromnym osobistym zdaniem. U nas człowiek ubrany tak sobie jest tak sobie traktowany. A jest to ciągle ten sam człowiek, dodajmy. Kiedy odwalona jak szczur na otwarcie kanałów, albo ekstrawagancko, albo po prostu w sposób bardziej przemyślany niż „wypadło z szafy, super, nie mam czasu na pierdoły” podążam Traktem Królewskim, przy którym pracuję, natychmiast jestem atakowana przez gości, którym brakuje złotówki na powrót do domu. A nade wszystko przez takich, co to mnie niby zapraszają na koncert na Zamku Królewskim i: o, o, tu proszę podpisać, tu płyta gratis a teraz proszę co łaska.
Ciekawe, że ten sam cwaniak w ogóle na mnie nie zwraca uwagi, kiedy idę ubrana jak na ryby, na które to ryby zamierzam dojechać na rowerze.
„Piękno nie sięga poza naskórek” mówią Anglicy. Mają rację, niestety.
A wy patrzcie na buty i zegarki.

Nie raz i nie dwa pisało się tu źle o Tepsie; powtarzać się więc nie będę. Wziąć rozwód z Tepsą to mistrzostwo świata, niemal jak rozwiązanie ślubu kościelnego. Zaciskając zęby dotrwałam do końca tej umowy małżeńskiej, w międzyczasie policzywszy, że na zmianie operatora zyskam ponad siedem stów rocznie.
Przy okazji zwykłą telewizornię wymieniłam na cyfrową.
Telewizja cyfrowa – jak wiadomo – daje możliwość zatrzymywania programu w dowolnym momencie, cofania go, a także przewijania do przodu. O ile do tej pory najczęściej używaną przeze mnie funkcją było wyłączanie głosu, teraz program zatrzymuję a następnie przewijam do przodu. I to bardzo szybko.
Żebyście wiedzieli, z jaką prędkością teraz kret do jelit dociera z ust do ostatniego odcinka przewodu pokarmowego! Jak fasssscynującym sportem jest przyspieszona piłka kopana! Gospodynie domowe posuwają z odkurzaczem z prędkością światła, faceci tłumaczą jak używać proszku i wybielacza krótko i węzłowato, bachory rzucają się naser topiony jak sęp na ścierwo.
Okazuje się zatem, że wybór jest znacznie większy, niż wyglądało to w notce poprzedniej.

Reklamy,którymi ostatnio raczy mnie telewizornia, w statystycznej swojej większości są monotematyczne i dotyczą problemów z wypróżnianiem. Dzielą się na środki reklamujące kreta do jelit oraz vice versa. Pośrednio z nich wynika, że obywatele nie są w stanie postawić kloca bez wspomagaczy.

To mnie przekonuje, że reklama rzeczywiście daje wolność wyboru. Mam wybór między sraczką, zatwardzeniem oraz mogę jeszcze wyłączyć telewizor.

„Diabeł ubiera się u Prady” zatytułowane jest dzieło, opowiadające o naczelnej pisma dla kobiet, babsku z piekła rodem. Może i jakieś diabły ubierają się u Prady, ale ten akurat, z którym ja miałam do czynienia, ubierał się gdzie indziej.
Kilkakrotnie na zebraniu złożył deklarację:
– Najbardziej lubię te wielkie kosze w hipermarketach, gdzie są przecenione ubrania. Super rzeczy tam bywają!
Obawiam się, że te super rzeczy podziwiał platonicznie. Na co dzień chadzał w marynarce pamiętającej lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. W tamtych czasach łokcie marynarki ratowało się naszytymi skórzanymi łatami. I taki design posiadała właśnie marynarka naszego diabła.
Aliści nie masz na tym świecie nic wiecznego. Kiedyś mu się i te łaty na łokciach przetarły i porwały. Poszedł zapytać jedną z naszych koleżanek, gdzie jest taki punkt, gdzie można by to artystycznie zacerować. Koleżanka mu uświadomiła, że artystyczne cerowanie będzie go kosztowało więcej, niż trzy marynarki z kosza w Tesco, ze spodniami do kompletu. Przez jakieś trzy tygodnie diabeł chadzał więc w samych golfach. Aż tu nagle! Pojawił się w marynarce.
Nic to, że wyglądał w niej jak prowincjonalny karawaniarz. Marynarka miała jedną niezaprzeczalną zaletę: została zakupiona przez teściową…
Poza tym diabeł ubierał się w golfy, jak na menadżera średniego stopnia przystało. Były one zwykle niemiłosiernie pomięte, jak w ogóle większość przyodziewku wydobytego z bębna suszarki. Niektóre golfy zostały wysuszone na sznurku na balkonie. Dało się to poznać po tym, że słońce je częściowo odbarwiło. Tym to sposobem menadżer do połowy był intensywnie zielony, a od połowy wyblakły. Albo odwrotnie – to zależy, czy golf wisiał przodem czy plecami do słońca.
Fakt, że nasz diabeł nie ubierał się u Prady, tylko na przecenach, miało tę zaletę, że nie wymagał od personelu, żeby ten ubierał się w markowe garsonki. Bo byli jednak tacy, którzy tego wymagali. Legendy krążyły o pewnej diablicy, która potrafiła zebrać swój damski personel, ustawić w rzędzie pod ścianą i krzyczeć:
– A ty co za buty założyłaś do pracy? Działka ci się pomyliła z redakcją?! Przez weekend zapomniałaś, gdzie pracujesz?!
To była jedna z tych subtelnych istot, co to jak wrzeszczała na swój zespół, na ulicy włączały się w samochodach autoalarmy. Oczywiście również zimą, przy zamkniętych oknach. Miałam koleżanki pracujące w takich, pożal się Boże, eleganckich miesięcznikach. Każdego poranka na myśl o tym, że znowu muszą iść do pracy, w której będą poniewierane i traktowane jak śmieci, dostawały biegunki. Były takie, które cierpiały na migreny. Wszystko wskazywało na to, że w takim środowisku pracy dobrze może czuć się tylko dewiant.
Nasz diabeł też wprawdzie wrzeszczał, ale nie o nieodpowiednie buty akurat, bo sam chodził w jakichś niemiłosiernie zmasakrowanych łapciach.
A jak już jesteśmy przy tych tekstyliach. Menadżer stawał czasem w drzwiach swojego akwarium i rozglądał się po redakcji. Na twarzy miał wypisane „Szukam ofiary”. Jeżeli ofiarą miał być ktoś z kąta, w którym ja siedziałam, po chwili menadżer znikał w akwarium, a na moim biurku odzywał się telefon. Przypuszczam, że tylko mój wewnętrzny pamiętał, jako nieskomplikowany.
– Gdzie jest Danusia (Zosia, Kasia, Basia, Asia)? – pytał głos w słuchawce.
Nie byłam szefową żadnej z nich. Nie musiały mi się tłumaczyć, że idą po kawę, albo do łazienki albo gdziekolwiek indziej. Zwykle udzielałam odpowiedzi równie konkretnej, co nie kłamliwej:
– A gdzieś tu się kręci. Poszła do grafików. Nie wiem, ale dosłownie przed chwilą jeszcze tu była.
Tego dnia z pytaniem „Gdzie jest Bogusia?” przyszedł do mnie osobiście.
Jakieś dwieście metrów od siedziby korpo znajdowała się hurtownia bielizny. I Bogusia właśnie tam się udała.
– Bogusia – powiedziałam – poszła do hurtowni kupić sobie majtki.
Menadżer zastygł w bezruchu.
– Bo jej się wszystkie podarły. To od tego wysiadywania w pracy jej się tak poprzecierały, że ma je dziurawe jak rzeszoto. No, dosłownie. A jak my wychodzimy z redakcji, to już wszystkie sklepy są zamknięte.
Menadżer gapił się na mnie jak kosmita na kapustę.
– Więc jej powiedziałam, że niech idzie po te majtki – kontynuowałam – bo pan na pewno by nie chciał, żeby Bogusia przychodziła do pracy tak całkiem bez majtek. Prawda?
Przez jakieś dwa tygodnie nie byłam pytana, gdzie kto jest, kiedy nie tkwi za biurkiem.
W sumie nie miało znaczenia jak kto jest ubrany, bo w tych szarych ścianach, na tle szarej wykładziny, w świetle świetlówek, najbardziej wypoczęty człowiek po pięciu minutach wyglądał jak zombi.
– Ha, ha, wyglądacie jak w obozie koncentracyjnym! – zauważyła kiedyś Marysia.
Marysia od dwóch miesięcy była emerytką.
– Ha, ha, jeszcze dwa miesiące temu ty też tak wyglądałaś! – powiedziałam. – I będziesz tak wyglądała najdalej za godzinę.
Bo oprócz redaktorów zatrudnionych na etatach, czasem byli potrzebni redaktorzy, że tak powiem, dochodzący. Kiedy wydawało się podwójny numer a oprócz tego jakiś dodatek, żadne mobbingi nie mogły wymusić większej ilości pracy, niż człowiek jest w stanie znieść. Wtedy byli wzywani na zastępstwo ludzie z miasta. Rekrutowali się z emerytów korporacyjnych (rzadko) oraz redaktorów, którzy wcześniej zostali wylani z pracy. A że o stałą pracę na tym rynku było trudno, więc na ogół ci wylani redaktorzy przychodzili, żeby dorobić chociaż trochę grosza. Znali gazety, znali robotę, znali wymagania, nie trzeba było ich szkolić. Bywało, że przesiedzieli tak w redakcji tydzień, a kasę dostali za trzy dni, bo przecież „tylko na tyle dostali roboty”. Nie awanturowali się specjalnie – rzesza bezrobotnych dyszała pod drzwiami.
Ilość tych osób utrzymywała się na względnie stałym poziomie. Bo chociaż co jakiś czas i moja, i inne korporacje, otwierały nowe projekty pism i w ich efekcie czasem nowe czasopisma, to równie często po hali przetaczała się nowina:
– Korporacja B zamknęła „Annę – Marię” (albo „Fotki, plotki, anegdotki”, albo „Wujenka radzi”, albo cokolwiek innego), zwolnili trzydzieści osób!
W okresach spiętrzeń pracy – kiedy wydawało się podwójne numery, do tego dodatki do nich, jakieś wkładki – zastępstwa były nieuniknione. Ustalano stawkę i jeleń przychodził do roboty. I tak mojej koleżance Sabinie, wywalonej z korpo, menadżer zaproponował stawkę sto złotych za tydzień. Przychodziła do pracy na 10.00 rano, wychodziła o 22.00, ponieważ w okolicach 17.00 czyli regulaminowego końca dnia pracy, menadżer zmieniał koncepcję kolumn i wszystko zaczynało się od początku: trzeba było zorganizować nowe zdjęcia, zrobić do nich nowe layouty, wlać nowe teksty. Po czym kiblowała jeszcze w sobotę i niedzielę. Na koncie zamiast tych stu złotych za tydzień, na które się umawiała, znalazło się złotych polskich 70. A kiedyś nawet 45. Determinacja jednak w ludziach była tak wielka, że chociaż wiedzieli, co ich czeka, brali te zastępstwa po raz drugi, trzeci. Jak na to patrzeć z dystansu, to na zmywaku zarobili by więcej, a i upokorzeń by przeszli mniej.
Przypominam sobie na przykład panią, która przyszła do nas na stanowisko schluss-redaktora, czyli do korekty, z innego wydawnictwa. Umówiła się z menadżerem na konkretny termin i konkretne pieniądze. Żeby podjąć pracę dla korpo, musiała zrezygnować z tej roboty, którą do tej pory miała. Złożyła wypowiedzenie. Po trzech miesiącach próbnych menadżer powiedział jej, że roboty ma dla niej na cztery godziny dziennie, w związku z tym może jej zaoferować tylko prace zlecone. Tak to, przechodząc do korpo, pozbyła się stabilności, ubezpieczenia i tego wszystkiego, co ma znaczenie zwłaszcza dla kogoś, komu brakuje tylko kilku lat do emerytury. Muszę przyznać, że pani ta wykazała się siłą charakteru i o godzinie drugiej w południe, gdy mijały jej cztery godziny wynikające z umowy o dzieło, zbierała swoje zabawki i szła do domu. Choćby się waliło i paliło, mówiła:
– Ja swoje odpękałam.
Ale to nie było zachowanie ogólnie przyjęte. Inni, którzy także mieli przychodzić na cztery godziny, gdy za pięć druga okazywało się, że coś trzeba zmienić na kolumnach, albo że kolumny jeszcze nie wróciły od pana redaktora, potulnie czekały za biurkami.
Kiedy zaczynałam pracę w korpo, w środowisku panowała opinia, że płaci ona mniej niż inne korporacje, wydaje pisma z najniższej możliwej półki, ale praca tam jest spokojna i stabilna. Rzeczywiście tak było – do czasu. Z chwilą przeniesienia się do nowej siedziby coraz częściej słyszeliśmy o przerostach kadrowych. Te przerosty zawsze dotyczyły redaktorów. Osobiście nie znałam ani jednej osoby zwolnionej z administracji. Odwrotnie – ciągle się tam pojawiały jakieś nowe twarze.
Mniej więcej od 25. do ostatniego dnia miesiąca większość ludzi nie mogła skupić się na swoich zadaniach. Im bliżej było godziny 17.00, tym bardziej napięcie rosło. Kto tym razem zostanie zwolniony? Z której redakcji? W końcu przez poszczególne redakcje przetaczała się fala maili, telefonów i SMS-ów:
– Zwolnili Helenkę z „Babskich Spraw”. Trzy osoby z „Carmen”! Piotrek, wiesz, ten z wąsami, i Darek z „Twojego kompa”.
Ludzie oddychali z ulgą. Znowu im się upiekło. Znowu „to” spotkało kogoś innego.
Kiedyś z jednej tylko redakcji zwolniono dziesięć osób. Przeszły koło naszych biurek, każda dzierżąc swoje rzeczy w tekturowym pudełku, zwanym na tę okoliczność „fucking-box”. Patrzyliśmy na to w milczeniu. A właściwie, to nie patrzyliśmy. Na początku, przy pierwszych zwolnieniach, ludzie podchodzili do tych wywalonych, żegnali się z nimi, wymieniali się telefonami, rzucali na szyję i wyrażali solidarność i współczucie. Te zwyczaje zanikły bardzo szybko.
Zwolnieni mogli zarazić swoim zwolnieniem ocalonych jak trądem. Ocaleni umykali wzrokiem. Wpatrywali się w kolumny, prawie włazili w monitory. Dopiero, gdy naznaczony wypowiedzeniem odchodził w siną dal wraz ze swoim „fucking-boxem”, ocaleni zaczynali rozmowy. Chyłkiem, gdzieś w kuchence, a najchętniej pod pretekstem zapalenia papierosa na dworze. Albowiem krążyły plotki, że pomieszczenia, w których pracujemy, są na podsłuchu. Wątpię, żeby to była prawda. Z drugiej strony, korpo wyrywkowo kontrolowało pocztę elektroniczną pracowników i miało zamontowany program „szpieg”, którego zadaniem było wykrywać, czym zajmuje się pracownik przy pomocy korporacyjnego kompa. Czy nie rżnie w gry? Czy nie pisze prywatnych maili?
Zwolnienia miały najczęściej miejsce w piątki, a także tuż przed świętami. Miało to głęboki sens. Pracownicy szli do domów i tam na łonie rodziny obracali sprawę na wszystkie możliwe strony przez cały okres świąteczny. Kiedy wracali do pracy, nie mieli już siły o tym gadać. Korporacyjna karawana szła dalej.
W obawie przed utratą posady sama przejawiałam skłonność do zachowań absurdalnych. Na przykład siedziałam w redakcji do późnej nocy, chociaż nie było wiadomo, po co właściwie. Menadżer zabrał nasze obrobione kolumny do swojej kanciapy, złożył je na stoliku i nic z nimi nie robił. Teoretycznie powinien był je przeczytać. Jeśli miał do nich jakieś uwagi – po przeczytaniu powinien był je zwrócić poszczególnym redaktorom, redaktorzy nanieść poprawki, przesłać kolumny do korekty i pójść do domu. Tymczasem robiło się coraz bardziej późno, zaczęło się ściemniać, w końcu nastała noc. Kolumny leżały na stoliku menadżera, a my tkwiliśmy za biurkami jak zespół pracowniczy w japońskiej firmie, z której nikt nie wychodzi, bo przecież szef także nie poszedł jeszcze precz.
Na ósmą wieczorem (sic!) miałam umówioną randkę z okulistą. O w pół do ósmej stało się jasne, że o żadnej wizycie mowy być nie może. Odwołałam ją. Tymczasem menadżer sprowadził do swojego akwarium wiceprezesa. Zza ściany z glassu dobiegały nas śmiechy i okrzyki. Po jakimś czasie wiceprezes poszedł. Na jego miejsce menadżer przyprowadził sobie do towarzystwa dyrektora pionu pism rozrywkowych, bruneta z tlenionym łbem. Mój Boże, jak w tym akwarium było wesoło! A tymczasem nikt z zespołu nie wiedział, co dalej. Mamy czekać? Będzie dzisiaj czytał te kolumny czy nie? Siedzieliśmy jak ćwoki za swoimi biurkami, a każdy udawał, że coś robi. Bo jakby nie udawał, to by mu znaleziono robotę, spokojna głowa.
Tleniony łeb wreszcie poszedł, a menadżer, w zgodzie z przysłowiem „głupi sobie robotę zawsze znajdzie” zaczął studiować gazety, które mu się piętrzyły na biurku, stoliku i dwóch krzesłach. Czasem – sam się do tego przyznał – przychodził do pracy w weekendy, żeby przeczytać zaległą prasę. Kiedy nudziło mu się szeleszczenie gazetami, łapał za telefon i obdzwaniał wszystkich chyba, których miał w książce telefonicznej.
Nie pamiętam, w jakich okolicznościach zostaliśmy w końcu puszczeni do domu. Nie pamiętam drogi na parking. Nie pamiętam momentu, w którym wsiadłam do samochodu. Cztery kilometry od korpo, przed bardzo dużym i ruchliwym skrzyżowaniem skonstatowałam, że jadę w niezapiętych pasach. To było tak, jakbym wyszła z domu na bosaka. Uroczy ten dzionek zakończyłam ocierając się samochodem o drzwi przy wjeździe do garażu.


  • RSS