Kiedy jedna z moich koleżanek wiele lat temu została świeżą emigracją, podjęła pracę w knajpie. Właściciel udzielił jej na początek następującej nauki:
- Patrz na buty i zegarek.  Nawet milionerzy mają dni, kiedy chodzą ubrani jak łajzy. Ale buty i zegarki zawsze mają dobre.
Ta zasada zawsze się sprawdzała, chociaż pewnie Trinny i Susannah nie byłyby tym zachwycone. Te uczyły, że człowiek powinien wyglądać, i to wyglądać dobrze, bo nieczęsto zdarzają się sytuacje, w których za jedyne odzienie może mieć buty i zegarek.
I to jest wielka szkoda, moim skromnym osobistym zdaniem. U nas człowiek ubrany tak sobie jest tak sobie traktowany. A jest to ciągle ten sam człowiek, dodajmy. Kiedy odwalona jak szczur na otwarcie kanałów, albo ekstrawagancko, albo po prostu w sposób bardziej przemyślany niż „wypadło z szafy, super, nie mam czasu na pierdoły” podążam Traktem Królewskim, przy którym pracuję, natychmiast jestem atakowana przez gości, którym brakuje złotówki na powrót do domu. A nade wszystko przez takich, co to mnie niby zapraszają na koncert na Zamku Królewskim i: o, o, tu proszę podpisać, tu płyta gratis a teraz proszę co łaska.
Ciekawe, że ten sam cwaniak w ogóle na mnie nie zwraca uwagi, kiedy idę ubrana jak na ryby, na które to ryby zamierzam dojechać na rowerze.
„Piękno nie sięga poza naskórek” mówią Anglicy. Mają rację, niestety.
A wy patrzcie na buty i zegarki.